piątek, 2 stycznia 2015

"Brzezinki - łąka i zimowy wieczór"

Jej małe stópki bielą znaczyły nitki zielonego dywanu. Rodzina śmiała się z niej, że na pewno jest córką młynarza, a ona przecież unikała tylko nadmiaru słońca, które raziło po oczach. Biegła w słoneczny dzień po łące, żeby spotkać się z motylami, nie znała jeszcze rosiczki, kłujących ostów, nietoperzy nocy... Wtedy czuła się jak w pierwszych dniach stworzenia, otaczał ją tylko las, łąka i bezchmurne niebo. Polne kwiaty urosły do rangi opali, szmaragdów i rubinów, a jaskółki zwiastuny deszczu, latały tego dnia wysoko, wysoko. Mała wierzyła, że istnieje Dobro absolutne, które zawsze otacza ludzi, wypełnia ich od wewnątrz, a ciemność jest tylko brakiem światła, którą można przeciąć i nasycić swoim blaskiem.
Te dni każdego lata, były jak balsam, coś najbardziej autentycznego... Choć wtedy wydawały się zbyt podobne do siebie i monotonne, po latach wspominała spacery piaskową drogą zupełnie inaczej. Towarzyszyła babci, kiedy szły polną drogą do ogródka z warzywami. Starsza, filigranowa kobieta niosła ciężkie, metalowe wiadro z wodą, wytrwale każdego dnia przez około 500 metrów. Do tej pory nikt nie znalazł odpowiedzi na pytanie, ani się nikt pewnie nad tym nawet nie zastanawiał, dlaczego dziadkowie stworzyli te kilka grządek tak daleko od domu. Rosły tam maki, astry, zielony groszek, marchew, może jeszcze kapusta, ona już dobrze nie pamięta... zatarty czas... Astry babcia zrywała dla dziadka, żeby je postawić na stole w zwykłym słoiku, dziwne kwiaty zawsze wyglądały jak ususzone, ale kolory miały świeże, pastelowe. Wnukom dawała kolorowe landrynki i mleko prosto od krowy, sama wytwarzała zdrowe sery, ciasto drożdżowe piekła czasami i doglądała gospodarstwa.
Dom zupełnie zwykły, nie wyróżniający się niczym pięknym, niczym co można by było podziwiać. Wewnątrz krył radosną obecność. Kiedy dziecko z rodzicami przyjechało tam zimą zobaczyło coś co pozostało w pamięci na zawsze. Mimo mrozu, niewygody siedzieli radośnie jakby to był pałac z ogrzewaniem, służbą i wszystkim czego dusza zapragnie... W zasadzie już po otwarciu drzwi dziewczynka zobaczyła roześmianą twarz babci. Siedziała przy dużym piecu w którym palił się prawdziwy ogień. Wokoło tylko pomarańczowe ściany, kilka krzeseł, stół, kącik do mycia, kredens, obraz, lustro, okno i nic więcej, nic a nic... Ale na przeciw niej siedział dziadek i mimo, iż był na co dzień człowiekiem porywczym, czasem milczącym tego wieczoru również się uśmiechał, siedzieli naprzeciwko siebie, mroźną zimą, nie mając prawie nic, poza ogniem w piecu i córką która w tym momencie wraz z mężem i wnuczką przekroczyła ich próg, po wielu dniach nieobecności.
Nie mieli prawie nic?

uljado 16.02.2014 nd.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz