Siedzę w domu na wsi, zielono jest i wiosennie, oglądam film na którym właśnie się przedstawiasz No nic... trzeba wracać, jutro zakończenie szkoły.
Wyniki już wszystkim znane, dyplomy rozdane... i teraz kiedy wszyscy czują już taką bliską kilkuletnią więź i naprawdę się lubimy, to oczywiście standard, dziś ostatni dzień... naszej klasy już nie będzie i każdy idzie w swoją stronę... standard.. eh
Wyniki już wszystkim znane, dyplomy rozdane... i teraz kiedy wszyscy czują już taką bliską kilkuletnią więź i naprawdę się lubimy, to oczywiście standard, dziś ostatni dzień... naszej klasy już nie będzie i każdy idzie w swoją stronę... standard.. eh
I ta rozmowa z R. nie wiem czemu, wynikało z niej, że będziemy razem i
że obydwoje tak chcemy, czemu wtedy wydawało mi się, że jestem sama i
teraz trzeba będzie całą tę rozmowę odkręcać potem... Dziwne mówiłam
jakbym była pijana, a przecież to dopiero dyplomy, impreza dopiero ma
się zacząć... W tym momencie uświadamiam sobie też nagle, że jestem w
grupie, która wybiera, a nie w tej zawsze czekającej, gdzie to inni
decydowali, czuję siłę tego faktu, ale też jednocześnie jego ciężar.
Kiedy wyszliśmy z sali, padał rzęsisty deszcz, nie wiadomo skąd i kiedy zaczął także wiać silny, przeszywający zimnem wiatr, ale nawet nie zwróciłabym na to uwagi gdyby nie fakt, że przechodziłam koło szkoły przed którą znajdował się jakby usypany z ziemi wał, który rzekomo miał ją chyba chronić przed wiatrami, lecz o ironio jeszcze bardziej je wzmagał, gdyż między szkołą a pagórkiem utworzył się powietrzny korytarz.
Ale co tam, nie myślałam wtedy za dużo o tym, spieszyłam się już dość mocno, bo przecież wyszliśmy dopiero co wszyscy z dużej sali. Nie wiadomo gdzie, cała grupa się rozdzieliła, a czasu już mało. Trzeba dojechać na koncert na czas, więc myślałam już tylko o tramwaju, zastanawiając się którym powinnam jechać i kiedy przyjedzie... Po drodze zapytałam i jakiś przypadkowy przechodzień powiedział mi, gdzie jest ulica na której mamy imprezę, okazało się, że wystarczy dojechać do przystanku B. i potem skręcić gdzieś niedaleko (a nazwy ulicy nie znałam i już myślałam, że to będzie gdzieś na peryferiach na przykład... ale ulga).
Biegnę przez prawdziwą już ulewę, bez parasola, widzę tramwaj jakiś w oddali, ale przecież przypominam sobie, że muszę jeszcze zadzwonić. Zamiast więc stać na deszczu, wchodzę do jakiegoś najbliższego lokalu, który znajduje się koło przystanku. Muszę Ci powiedzieć, żebyś przyjechał, to dziwne, że na zakończenie idziemy na jakąś imprezę off-ową, świetnie to ktoś wymyślił. Mam też bloczki na parę drinków. Dziś mają tam grać też coś z Kurta więc może byś chciał być. Zatem dzwonię, mówię gdzie jadę, bawiąc się przy tym szklaną karafką, która stoi przy mnie na stoliku. Jak fajnie, że będziesz, mówiłeś, że może weźmiesz też brata.
No to czekam i zaraz się tam spotkamy razem.
Na szybach krople deszczu rysują krajobrazy, ale jakoś wcale się tym nie martwię, wręcz przeciwnie, nawet mi się podoba ta dzisiejsza przewrotna, niewyjściowa pogoda.
uljado, ze snu 15.05.2013
Kiedy wyszliśmy z sali, padał rzęsisty deszcz, nie wiadomo skąd i kiedy zaczął także wiać silny, przeszywający zimnem wiatr, ale nawet nie zwróciłabym na to uwagi gdyby nie fakt, że przechodziłam koło szkoły przed którą znajdował się jakby usypany z ziemi wał, który rzekomo miał ją chyba chronić przed wiatrami, lecz o ironio jeszcze bardziej je wzmagał, gdyż między szkołą a pagórkiem utworzył się powietrzny korytarz.
Ale co tam, nie myślałam wtedy za dużo o tym, spieszyłam się już dość mocno, bo przecież wyszliśmy dopiero co wszyscy z dużej sali. Nie wiadomo gdzie, cała grupa się rozdzieliła, a czasu już mało. Trzeba dojechać na koncert na czas, więc myślałam już tylko o tramwaju, zastanawiając się którym powinnam jechać i kiedy przyjedzie... Po drodze zapytałam i jakiś przypadkowy przechodzień powiedział mi, gdzie jest ulica na której mamy imprezę, okazało się, że wystarczy dojechać do przystanku B. i potem skręcić gdzieś niedaleko (a nazwy ulicy nie znałam i już myślałam, że to będzie gdzieś na peryferiach na przykład... ale ulga).
Biegnę przez prawdziwą już ulewę, bez parasola, widzę tramwaj jakiś w oddali, ale przecież przypominam sobie, że muszę jeszcze zadzwonić. Zamiast więc stać na deszczu, wchodzę do jakiegoś najbliższego lokalu, który znajduje się koło przystanku. Muszę Ci powiedzieć, żebyś przyjechał, to dziwne, że na zakończenie idziemy na jakąś imprezę off-ową, świetnie to ktoś wymyślił. Mam też bloczki na parę drinków. Dziś mają tam grać też coś z Kurta więc może byś chciał być. Zatem dzwonię, mówię gdzie jadę, bawiąc się przy tym szklaną karafką, która stoi przy mnie na stoliku. Jak fajnie, że będziesz, mówiłeś, że może weźmiesz też brata.
No to czekam i zaraz się tam spotkamy razem.
Na szybach krople deszczu rysują krajobrazy, ale jakoś wcale się tym nie martwię, wręcz przeciwnie, nawet mi się podoba ta dzisiejsza przewrotna, niewyjściowa pogoda.
uljado, ze snu 15.05.2013

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz